Wpisany przez Flisak czwartek, 17 listopada 2011 11:51
Zbigniew Boniek to bezsprzecznie jeden z najlepszych piłkarzy w historii polskiej piłki. Znany na całym świecie ze względu na rudą czuprynę i nietuzinkowe umiejętności piłkarskie. W ciągu kilkunastu lat kariery zdobył łącznie ponad setkę goli dla Widzewa, reprezentacji Polski oraz dwóch czołowych klubów Serie A - Juventusu i Romy. Właśnie na Półwyspie Apenińskim dorobił się przydomka "Bello di Notte" (Piękny nocą). Miał on odzwierciedlać naturę wychowanka Zawiszy Bydgoszcz, który najmocniej mobilizował się na spotkania o wysoką stawkę, rozgrywane przy świetle jupiterów. Grając za dnia, wybitny skądinąd zawodnik, zazwyczaj prezentował się przeciętnie i nie dawał drużynie tego, czego od niego oczekiwano. W ostatnich tygodniach "syndrom Bońka" objawił się w Ajaksie Amsterdam. W kilku październikowo-listopadowych spotkaniach rozgrywanych wieczorową porą, Ajacieden wznosili się na wyżyny swoich umiejętności. W kilku innych starciach, rozpoczynających się dla odmiany przy pełnym słońcu, prezentowali się fatalnie i tracili kolejne ligowe punkty.
Teza o dualności postawy Ajaksu ze względu na porę dnia jest mocno naciągana, niepoważna i odrobinę nie przystająca do stanu faktycznego. Nie należy jednak równocześnie odmówić jej prawdziwości. W końcu żadną tajemnicą nie jest statystyka mówiąca, że na ostatnich dziewięć spotkań rozgrywanych o 12.30, piłkarze Ajaksu wygrali zaledwie jedno. Tak samo trudno przemilczeć kwestie, iż grając wczesnym popołudniem Ajax zanotował w tym sezonie bilans 2 zwycięstwa - 3 remisy - 2 porażki, który na kolana nikogo nie rzuca. Być może to tylko przypadek. Być może niepokojąca tendencja. W każdym razie wydaje się to przede wszystkim interesujący punkt wyjścia do analizy, dlaczego po 12 kolejkach tego sezonu Eredivisie, Ajax na 36 możliwych punktów zdobył zaledwie 20 i w ligowej tabeli zajmuje odległe, uwłaczające panującemu mistrzowi Holandii, piąte miejsce.
Przed rozpoczęciem sezonu sytuacja w Ajaksie prezentowała się więcej niż komfortowo. Tytuł mistrzowski zapewnił bezpośrednią grę w Champions League, co de facto oznaczało dwa, spokojne miesiące przygotowań. Bez eliminacji i stresu z nim związanego, bez gwałtownych ruchów transferowych, wreszcie bez obawy przed finansowym jutrem. Frank de Boer, jak żaden inny trener w ostatnich 8 latach mógł skupić się tylko na odpowiednim przygotowaniu swoich graczy do nadchodzących ligowo-pucharowych wyzwań. I trzeba przyznać, że ze swojej roboty wywiązał się naprawdę dobrze. Z jednym tylko zastrzeżeniem. Zapomniał o odpowiedniej motywacji swoich podopiecznych.
W końcu to właśnie z powodu braku tego elementu lub jego niedostatecznego stopnia, Ajax w tym sezonie stracił punkty ze słabiutkim VVV Venlo i Feyenoordem. Na De Koel zaledwie zremisowaliśmy, bo zlekceważyliśmy rywala. Ukarał nas za to dwoma golami, co symboliczne i groteskowe zarazem, Ahmed Musa. Nigeryjczyk, który w tamtym dniu jako praktykujący muzułmanin obchodzący ramadan grał zupełnie odwodniony i niedożywiony. Podobnie sfera motywacji zawiodła w zdecydowanie istotniejszym meczu z Feyenoordem. Ajacieden, zapominając o prestiżowym charakterze spotkania i jego znaczeniu dla swoich fanów, podeszli do ostatniego Klasyku jak do zwykłego ligowego starcia. Takie pozbawione wewnętrznej motywacji podejście do konfrontacji z Rotterdamczykami po prostu musiało się zemścić. Na własnym stadionie (!) gracze Ajaksu zupełnie przeszli obok meczu. Od samego początku oddali inicjatywę grającemu na 120 % możliwości Feyenoordowi i gdyby nie znakomita postawa Vermeera w bramce oraz przytomna główka Vertonghena po dośrodkowaniu Janssena z rzutu rożnego, Ajax najpewniej poniósłby haniebną i trudną do wybaczenia porażkę
Nasi ulubieńcy mają także spore problemy z koncentracją, co dobitnie pokazały mecze z AZ, Utrechtem i Twente. Ostatecznie, zachowując dystans do końcowych wyników tych spotkań, graliśmy w nich zupełnie przyzwoicie. W ofensywie prezentowaliśmy się na tyle dobrze, że okazji strzeleckich naprawdę nie brakowało i przy minimalnie poprawionej skuteczności, tylko na tych trzech zespołach mogliśmy ugrać sześć punktów, a nie ledwie dwa. Szczególnie żal meczu z Twente, gdzie przez 85 minut nadawaliśmy ton wydarzeń boiskowych , by w 86 minucie popełnić jeden, za to karygodny błąd. Nieupilnowanie Petera Wisgerhofa, najpierw zupełnie swobodnie prowadzącego piłkę przed linią pola karnego, a potem dokładnie dośrodkowującego na głowę Luuka de Jonga (co skończyło się wyrównującą bramką) to klasyczny przykład nieodpowiedzialności i braku koncentracji piłkarzy Ajaksu w najważniejszych momentach. Szczególnie wiele na ten temat mogliby powiedzieć obrońcy Ajaksu, którzy w tym sezonie nie grają wcale gorzej niż w poprzednich sezonach. Tyle tylko, że są mniej skoncentrowani na swoich decyzjach, podaniach i wyborach, co prowokuje błędy, albo jak mawiał Jan Tomaszewski - wielbłądy. Osobiście w inny sposób nie potrafię sobie wytłumaczyć fatalnych wykopów Vermeera w meczu z Utrechtem, zbyt wolnych powrotów do obrony Anity w konfrontacji z AZ czy całej gamy indywidualnych błędów popełnianych przez Van der Wiela w niemal każdej październikowej kolejce. A nikt chyba nie ma wątpliwości, że to właśnie przez te skumulowane i występujące z zaskakującą regularnością indywidualne błędy traciliśmy bramki, a w konsekwencji - co w całej sprawie najbardziej przykre - punkty.
Nie mniej istotnym problemem z jakim musi borykać się Frank de Boer jest brak konkurencji w zespole. Niby na papierze wszystko wygląda bez zarzutu. Kadra liczy przyzwoite 23-25 nazwisk. Jednak tak naprawdę szkoleniowiec Ajaksu regularnie stawia na zaledwie 16-17 zawodników. I o ile w przypadku kontuzji graczy ofensywnych pole manewru wydaje się szerokie i nieobarczone ryzykiem, o tyle każda kontuzja obrońcy (lub mówiąc szerzej gracza defensywnego) i związana z tym konieczność przetasowań urasta do rangi tragedii miesiąca. Bo pomimo niekończącego się przypominania tematu, w kadrze nadal brakuje rezerwowego lewego obrońcy z prawdziwego zdarzenia. Pod nieobecność Boilesena, który też trafił do pierwszego zespołu jakby z przypadku, w tej roli gra ostatnio słabo spisujący się Anita. Z kolei Dico Koppers (pomimo przyzwoitego debiutu z Feyenoordem) raczej nie przekonał do siebie De Boera. Podobnie sytuacja wygląda na przeciwległej stronie defensywy. Van der Wiel może rozegrać kilka bezbarwnych spotkań z rzędu, a i tak jest nie do ruszenia, gdyż... nie ma godnego rywala ! Bruno Silvie bliżej do "piłkarskiej emerytury" niż do występu w jakimkolwiek meczu, natomiast dla Rubena Ligeona (talentu i wielkiej nadziei na przyszłość - tak przynajmniej prorokują ludzie wewnątrz klubu) Eredivisie to na razie za wysokie progi. Nie lepiej jest w środku, gdzie zastępcą dla Alderweirelda lub Vertonghena jest owszem doświadczony, ale fizycznie zupełnie już nie przystający do gry na najwyższym poziomie - Andre Ooijer. Tylko ta krótka wyliczanka połączona z nieodłącznym i w tym wypadku uzasadnionym narzekaniem pokazuje, jak źle prezentuje się kadra Ajaksu i jak wielkie błędy popełniono w polityce transferowej Ajaksu na przestrzeni ostatnich lat. Polityce, która z powodzeniem mogłaby otrzymać slogan reklamowy w rodzaju "Skrzydłowych przyjmiemy od zaraz. Obrońców już niekoniecznie". Takie stawianie sprawy doprowadziło do tego sytuacji z którą musimy radzić sobie obecnie. A można było wszystko rozwiązać zupełnie inaczej przyjmując hasło, że drużynę powinno się budować od tyłu. Cóż, było minęło i trzeba całą sprawę, razem z Ooijerem, przyjąć jako dobrodziejstwo inwentarza.
Za nami 1/3 sezonu. To mało i dużo zarazem. Mało, bo do rozegrania cały czas pozostało ponad 20 spotkań i matematyczne szansę na wygranie ligi ma nawet dziewiąty w tabeli, Heracles Almelo. Dlaczego, więc już tym momencie zupełnie przekreślać szansę Ajaksu ? Dużo, gdyż w ciągu tych 12 kolejek otwarcia, na własne życzenie, nasi gracze wyśrubowali sobie ogromną stratę do liderującego AZ, co na pewno nie daje poczucia psychicznego komfortu. Pytanie, czy dosyć niespodziewana wysoka forma Kalmarów będzie tylko "jesienną przypadłością", czy dłuższym trendem, automatycznie z każdą kolejką oddalającym nas od obrony tytułu.
Po ostatnich spotkaniach, powodów do większego optymizmu właściwie nie ma. Do przesadnych narzekań i lamentów, właściwie też. Jednak przed kolejnymi spotkaniami, w umownie, drugiej połówce rundy jesiennej potrzebna jest konkretna poprawa w tych elementach o których rozpisałem się, aż do przesady. Mecze z Dinamem, Rodą (wszystkie rozgrywane wieczorem, "syndrom Bońka" ?) pokazały, że w drużynie drzemie spory potencjał. Trzeba jedynie ustrzec się przed słabą motywacją w spotkaniach z teoretycznie słabszymi rywalami, brakiem koncentracji w niektórych powtarzalnych boiskowych sytuacjach i liczyć, że zimą włodarze klubu głębiej sięgną do kieszeni, aby wzmocnić konkurencje w zespole. Jeśli uda się to wszystko zrealizować, wtedy powinniśmy zacząć grać lepiej i co ważniejsze z większą regularnością zdobywać komplety punktów. Już bez względu na porę dnia.
Wpisany przez Flisak środa, 14 września 2011 14:54
Sześć spotkań, a w nich 540 minut gry. Stawka rywalizacji - prestiż, punkty do rankingu UEFA, a przede wszystkim masa pieniędzy nieodzownych w procesie kierowania profesjonalnym klubem piłkarskim. Dziś wieczorem Ajax Amsterdam rozpoczyna batalię o sukces w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Sukces, którym będzie awans do 1/8 finału i wyeliminowanie z dalszych gier Olympique Lyon i Dinama Zagrzeb. Czy Ajacieden mogą realnie myśleć o zajęciu drugiego miejsca za plecami Realu Madryt, które da tak długo wyczekiwaną promocje ? Na razie, z całą stanowczością, nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Postaram się natomiast dokładnie przeanalizować nasze szanse w grupie D skupiając się na ocenie siły rywali z którymi przyjdzie nam się zmierzyć w ciągu najbliższych 4 miesięcy.
Absolutnym faworytem do zwycięstwa w grupie jest Real Madryt. Jose Mourinho, nie przejmując się nieprzychylnymi opiniami, buduje drużynę "Królewskich" według własnego planu. Półfinalista Ligi Mistrzów z zeszłego sezonu wyczyścił kadrę z niepotrzebnych nazwisk, ale nie zapomniał o wzmocnieniach. Lewy obrońca, Fabio Coentrao to światowa czołówka na swojej pozycji. Nuri Sahin, pamiętany w Holandii z racji rocznej przygody w Feyenoordzie, znakomicie rozwinął się w Borussii Dortmund i może stworzyć z Mesutem Özilem doskonały duet w środku pola. Listę letnich zakupów Realu uzupełniają utalentowani Varane i Callejon, a także ograny w Bundeslidze i Lidze Mistrzów, Hamit Altintop. To pokazuje, że madrytczycy są mocniejsi niż rok temu. A jak wtedy skończyły się konfrontacje Ajaksu z drużyną Mourinho, chyba nie muszę przypominać...
Ostrożnie przewiduję, że Real już po 3 kolejkach będzie miał awans w kieszeni. Nie wykluczone również, iż w całej fazie grupowej nie znajdzie dla siebie pogromcy. Trzeba to sobie otwarcie powiedzieć. Drużyna dowodzona przez "The Special One" to twór z zupełnie innej piłkarskiej planety i w Lyonie, Amsterdamie, a tym bardziej Zagrzebiu doskonale zdają sobie z tego sprawę.
Najpoważniejszym rywalem Ajaksu na drodze do upragnionego awansu będzie Olympique Lyon. Francuzi biją na głowę nasz klub pod wieloma względami. Mają zdecydowanie wyższy budżet, lepsze osiągnięcia w ostatnich latach (półfinał Ligi Mistrzów 2009/2010), droższych i bardziej medialnych zawodników. W składzie OL nie brakuje reprezentantów Francji, Brazylii, Argentyny, Szwecji,Chorwacji. Podstawowym atutem Lyonu jest jednak zgranie. Wprawdzie w ostatnich latach zaszło w tym klubie kilka zmian na istotnych pozycjach, ale nowi gracze praktycznie z miejsca łapali dobry kontakt z kolegami i stawali się mocnymi punktami drużyny. Jej trzon od lat jest ten sam. Bramkarz Llorris, obrońcy Cris i Reveillere, pomocnicy Källström i Bastos. Kiedy dodamy do tego kwintetu takie nazwiska jak Gourcuff, Lisandro Lopez, Gomis czy Cissokho otrzymujemy silną grupę ludzi zdolną do pokonania każdego. W Amstedamie Les Gones zagrają bez Lopeza, Crisa, a być może i Gourcuffa. To spore osłabienie francuskiej jedenastki i swego rodzaju handicap dla naszych graczy, ale nie łudźmy się, że dublerzy OL to przypadkowi, anonimowi kopacze.
Kluczem do wygrania rywalizacji z Olympique Lyon jest dzisiejszy mecz. Ajax musi wygrać i pojechać na rewanż do Francji z zadaniem osiągnięcia remisu. Łatwo nie będzie (zresztą kiedy było ?), szczególnie jeśli przypomnimy sobie, jak trudno grało się naszej drużynie z innymi przedstawicielami Ligue 1 - Auxerre w Lidze Mistrzów i Olympique Marsylią, jeszcze w Pucharze UEFA. Może jestem naiwny, ale optymistycznie liczę na 4 punkty w spotkaniach z drużyną Remiego Garde. Warunki są tylko dwa, za to niezwykle istotne. 100-110 procent zaangażowania w grę i nielimitowane pokłady ambicji.
Na koniec, Dinamo Zagrzeb. Zespół od razu po losowaniu lekceważony przez wszystkich i kreowany na dyżurnego "dostarczyciela punktów". Taka ocena to duży błąd i nietakt ze strony przedstawicieli większych i bogatszych klubów grupy D. Dinamo to interesująca drużyna, rozsądnie kształtowana i prowadzona od kilku lat przez tego samego trenera - Krunoslava Jurcicia. Dinamo to wybuchowa mieszanka rutyny i młodości, a także bałkańskiej dyscypliny z południowoamerykańskim luzem i fantazją. W krajowych rozgrywkach, poza Hajdukiem Split, nie mają godnego rywala, a do Ligi Mistrzów awansowali w wielkim stylu, nie dając rywalom szans już w pierwszych spotkaniach. Najczęściej rozgrywanych na własnym obiekcie.
W Zagrzebiu nie ma może gwiazd, ale nie brakuje zarówno doświadczonych graczy (Leko, Simunić, Leo Cufre, Tonel), jak i młodzieży z ogromnym talentem (Kovacic, Sammir, Badejl, Situm, Rukavina). Jeśli ktoś ich zlekceważy, może gorzko pożałować. Ta przestroga szczególnie tyczy się Ajaksu, który już raz nie docenił chorwackiej drużyny i drogo za to zapłacił (blamaż w I rundzie Pucharu UEFA, sezon 2007/2008). Podczas kolejnych konfrontacji obu ekip, w fazie grupowej Ligi Europy było już lepiej (dwa zwycięstwa Ajaksu - 2:1 u siebie i 2:0 na wyjeździe). Teraz, Ajax i Dinamo spotkają się po raz trzeci. I, o ile w Amsterdamie wszystko powinno pójść po naszej myśli, o tyle w Zagrzebiu nasi pupile mogą trafić do małego piekiełka i żeby marzyć o zwycięstwie będą musieli mocno się napracować. Kto wie zresztą, czy ten właśnie mecz nie będzie drugim najważniejszym dla końcowego układu tabeli.
Tak ja pisałem wcześniej i będę to podkreślał na każdym kroku, Dinama w żadnym razie nie wolno lekceważyć. Nie dlatego, że mówiąc kurtuazyjnie - "w Europie nie ma już słabych drużyn". Po prostu to dobrze i mądrze zbudowany zespół, zdolny do sprawienia niespodzianki, nawet w starciu z teoretycznie silniejszym rywalem.
Kiedy piszę te słowa, do pierwszego gwizdka Wolfganga Starka oznajmiającego początek meczu Ajax Amsterdam - Olympique Lyon pozostaje kilka godzin. W tej sytuacji nasunęło mi się porównanie do... rodeo. W końcu Ajax, niczym jeździec w kowbojskim kapeluszu i butach z ostrogami, oczekuje na zwolnienie bramy wyjazdowej i możliwość konfrontacji z rozjuszonym bykiem. Aby zdobyć najwyższe oceny, zawodnik musi utrzymać się na zwierzęciu przez 8 sekund. My życzmy sobie i przy okazji naszym piłkarzom, żeby pozostali na grzebiecie złotego byka o nazwie Liga Mistrzów do ostatniego, szóstego spotkania. A na wiosnę niech dosiądą go jeszcze raz. Choćby tylko na dwa mecze...
Wpisany przez Flisak piątek, 05 sierpnia 2011 11:16
Ostatnimi czasy miałem problem z ... Mają Sablewską. W każdej gazecie, portalu internetowym, o telewizji nie wspominając pełno było zdjęć i, wszelakiej maści, sensacyjnych informacji na temat menadżerki polskich pop-gwiazdek. Były dni, kiedy bałem się otworzyć lodówkę, bo i tam mógłbym trafić na jurorkę programu X-Factor. Teraz o Sablewskiej, jakby ciszej. Cóż z tego, skoro jej miejsce w mojej głowie zajęła inna osoba. Mniej urodziwa, bardziej wytatuowana, za to z pewnych względów zdecydowanie mi bliższa. Czas powiedzieć to głośno. Mam problem, a właściwie problemy z Theo Janssenem.
Problem 1. Theo a transfer
Finisz ligowego sezonu 2010/2011 dostarczył wszystkim fanom Ajaksu niesamowitych i co najważniejsze pozytywnych wrażeń. Mistrzostwo Holandii stało się katalizatorem dla tłumionych wcześniej emocji, także magnesem i kartą przetargową dla potencjalnie nowych piłkarzy Ajaksu. Pierwszy na "mistrzowską przynętę" złapał się Theo Janssen. Pomocnik Twente, po zaledwie kilku dniach od decydującego meczu z Ajaksem, rozpoczął negocjacje transferowe, a pod koniec maja oficjalnie został Ajaciedem. Informacja ta została przyjęta przez kibiców Joden z ponadprzeciętną dozą zadowolenia, któremu nie należało się dziwić. Za 3 miliony euro (zupełna promocja) do Amsterdamu trafił jeden z najlepszych graczy drugiej linii w całej Eredivisie. Silny fizycznie, niezły technicznie, a przede wszystkim odporny psychicznie. Janssen to typ boiskowego twardziela, walczącego za wszelką cenę o zwycięstwo. Takiego zawodnika na amsterdamskiej Arenie dawno nie było...
Jest tylko jedno "ale" związane ze sposobem przeprowadzenia tego transferu. Czy trzeba było się aż tak z nim śpieszyć ? Będę się upierał (solidaryzują się pośrednio z kibicami Twente, za co możecie mnie śmiało krytykować - nie dbam o to) i twierdził, że Janssen zachował się nieprzyzwoicie. Uciekł z Twente, jak szczur z tonącego okrętu. Szybko, z wyrachowaniem i egoistycznym podejściem do sprawy. A kibice z sektora VAK-P mogli czuć się oszukani. Piłkarz, który potrafił wdawać się w pyskówki z fanami Ajaksu i w każdym meczu wypruwał sobie żyły dla Twente, nagle ot tak, z dnia na dzień odchodzi i wzmacnia konkurencje. Gdyby moment "przyklepania" transferu nieco przesunąć w czasie, a przede wszystkim inaczej go poprowadzić, ze strony Ajaksu i Twente, kontrowersje nad całą sprawą byłyby nieco mniejsze.
Problem 2. Theo a nałogi
Janssen to znakomity piłkarz. To wiemy wszyscy. Co jednak wiemy o Janssenie, osobie prywatnej ? Tu z pomocą przychodzi nam holenderska prasa bulwarowa. Telegraficzne resume. Rok 2009 - wypadek spowodowany w stanie wskazującym na spożycie alkoholu. Janssen po zdarzeniu mówi : - Byłem kompletnie głupi. Wypiłem piwo po meczu, żeby uczcić zwycięstwo i wsiadłem do samochodu. To nigdy nie powinno się zdarzyć. Tłumaczenie godne pięciolatka kradnącego mamie pieniądze z portfela, ale w porządku. Idźmy dalej. Rok 2010 - fotograf robi Janssenowi zdjęcie z piwem i papierosem. Piłkarz nie ma sobie nic do zarzucenia, gdyż było to podczas świętowania mistrzowskiego tytułu z Twente. Rok 2011 - już po podpisaniu kontraktu z Ajaksem, dziennikarze przyłapują Janssena na spacerze po Amsterdamie z papierosem w ustach. Frank de Boer na łamach prasy gani zawodnika i mówi, że nie chce go widzieć palącego w miejscach publicznych. Janssen odpowiada : - Każdy może mieć opinie na temat faktu, że palę. To mi nie przeszkadza. W zeszłym sezonie rozegrałem 46 spotkań dla Twente. W Ajaksie jeszcze żadnego, a już jestem osądzany. Papierosy w niczym mi nie przeszkadzają. Gdybym po 45 minutach gry sapał jak stary koń, każdy miałby prawo mieć obiekcje. A ja przecież zawsze gram na maksa przez 90 minut.
I akurat w tym punkcie zgadzam się z Janssenem. Jest wolnym człowiekiem. Jeśli lubi niech pali i pije, tyle ile uważa za stosowne. Jedyną radę, jaką mogę mu dać, to żeby zamienił czerwone marlborasy na mentole. Podobno mniej szkodzą na męskość. Wracając na poważne tory, mam dwie niewielkie obawy związane z nałogami Janssena. Po pierwsze, De Boer przy każdej kolejnej wpadce gracza, może być mniej pobłażliwy niż za pierwszym razem. A na kolejne karne odsyłanie do rezerw wartościowego piłkarza w trakcie sezonu i gry na trzech frontach po prostu nie można sobie pozwolić. Przerobiliśmy to z El Hamdaouim i starczy. Druga obawa ma swoje podstawy, górnolotnie mówiąc, moralne. Czy niesportowo prowadzący się Janssen może być liderem i wzorem dla reszty drużyny, a szczególnie całej grupy młodszych kolegów ? Generalnie jednak, jeśli swoimi małymi słabostkami będzie cieszył się w zaciszu domowym i nie będzie to negatywnie wpływać na jego grę, to nie ma co się zżymać. Wszystko jest dla ludzi. Oczywiście, w umiarze.
Problem 3. Theo a identyfikacja
Ajax cierpi na brak bohaterów. Ludzi niepokornych, niepoprawnych i całym sercem oddanych klubowi. Brakuje w kadrze kogoś za kim kibice byliby gotowi wskoczyć w ogień. Kogoś, kto nawet w najtrudniejszych momentach podniesie drużynę do walki. Bliski ideału kilka lat temu był Johnny Heitinga. Teraz ogromnym szacunkiem wsród "vakowców" cieszy się Jan Vertongen. Belg, pomimo młodego wieku i mimo wszystko ciągle niezbyt dużego doświadczenia, na boisku imponuje spokojem, a poza nim bezkompromisowością połączoną z odwagą. Wydaję się jednak, że sam jest poniekąd zaskoczony uzyskaniem roli przywódcy w szatni. Po przyjściu Janssena, wielu widziało w nim materiał na nowego idola amsterdamskich tłumów. Tak było do... pierwszego dłuższego wywiadu. W rozmowie z portale NUsport, Janssen szczerze wyznał : - Ajax to świetny klub, ale nie mam zamiaru całować herbu na koszulce. W zeszłym sezonie grałem w czerwonych strojach, teraz gram w czerwono-białych. Dla mnie to nie jest wielka różnica. Nie interesuje mnie w jakiej koszulce gram. W końcu kibice nie wspierają poszczególnych piłkarzy, tylko klub.
Po tych słowach Janssen wiele stracił w moich oczach i pewnie także części innych kibiców Ajaksu. Pal licho całowanie koszulki. To tylko gest, często pusta manifestacja. Natomiast fragment o braku istotnego znaczenia barw klubowych jest koronnym dowodem na to, że Janssen jest zwykłym najemnikiem-oportunistą. Zapytacie z pretensją : Co w tym złego ? Pozornie nic, jednak osobiście w dłuższej perspektywie nie wyobrażam sobie wspierania piłkarza nie utożsamiającego się z klubem. Taki zawodnik to potencjalny element wywrotowy. Pierwsza lepsza finansowo oferta i faceta nie ma. Oczywiście każdy zawodnik, prędzej czy później, musi odejść - czas Maldinich, Tottich minął bezpowrotnie. Jednak życzyłbym sobie, żeby przynajmniej w trakcie trwania kontraktu konkretny gracz "oddychał klubem", żył jego sprawami, był dumny z noszenia określonej koszulki, wytrwale trenował, pokazywał sto procent umiejętności i zaangażowania. Ten swoisty sentymentalny dekalog piłkarza uzupełniłbym o jeszcze jedno zdanie. Czasem zamiast silić się na kontrowersyjność, nawet jeśli byłaby najszczersza, lepiej zamilknąć. Nie od dziś wiadomo, że liczy się to co na boisku, nie to co na papierze. I w tym upatruje dla Janssena szansy na rehabilitacje.
Problem 4. Theo a pierwszy mecz
A propos rehabilitacji, to niedawno nadarzyła się ku niej pierwsza okazja. Mecz o Tarczę Johana Cruyffa miał być pierwszym poważnym sprawdzianem dla Janssena. Janssena-kapitana, dodajmy, ponieważ z powodu kontuzji zabrakło Jana Vertonghena. Oficjalny debiut w podwójnej roli wypadł przeciętnie. Kilka dobrych przerzutów, jedno dobre uderzenie z dystansu i rzutu wolnego to trochę mało. Co więcej Janssen pośrednio przyczynił się do porażki, zupełnie bez potrzeby faulując w polu karnym Luuka de Jonga. Zachowanie pomocnika Ajaksu w tej sytuacji było po prostu głupie, nieprzystające kapitanowi i piłkarzowi z ogromnym bagażem piłkarskich doświadczeń. Bardziej znęcać nad postawą Janssena nie mam prawa. Widziałem gorsze debiuty, których bohaterowie po pewnym czasie stawali się pierwszoplanowymi postaciami drużyny. Z Janssenem zapewne będzie podobnie. W końcu od kogo, jeśli nie od niego mamy wymagać gry na wysokim, stałym poziomie...
Boję się, iż moje problemy z Theo będą trwać dopóki w pełni nie zaakceptuje go jako jednego z "naszych". Za sprawą atmosfery wokół transferu, wypowiedzi w prasie bohatera tekstu, celebryckich doniesień w sprawie używek, a także niechlubnej przeszłości Janssen wciąż jest dla mnie kimś obcym. Jest byłym zawodnikiem Vitesse i Twente, który w weekendy przebiera się za piłkarza Ajaksu. Czy to uprzedzenie, nieufność, a może zwykła ostrożność ? Nie wiem, pewnie wszystkiego po trochę. Dlatego na koniec chcę wystosować apel.
Theo, proszę przekonaj mnie, że mój problem z tobą wynikał z przewrażliwienia i był problemem urojonym. Albo THEOretycznym.
Wpisany przez Flisak czwartek, 07 lipca 2011 12:10
Być czy mieć ? Z ogólnoludzkiej perspektywy, to jeden z podstawowych dylematów. A czy można go przełożyć na grunt kibicowski ? Bez żadnych zastrzeżeń, mrugnięcia okiem, wzięcia w cudzysłów ? Moim zdaniem, jak najbardziej tak, szczególnie biorąc pod uwagę współczesny trend kibicowania tym, którzy seryjnie zdobywają trofea, niż zespołom odznaczającym się szczególną cechą, historią, wyjątkowością.
Trochę upraszczam sprawę, ale nie mogę zrozumieć fenomenu mody kibicowania Barcelonie wśród osób powyżej 16 roku życia. Oczywiście nie zaprzeczam faktom, iż katalońska jedenastka podniosła poprzeczkę wszystkim innym klubom na niewyobrażalnie wysoki poziom. Rozumiem także, że styl gry prezentowany przez Barce może się podobać. Dlatego w tym kontekście całkowicie rozumiem miłość dzieciaków do tej drużyny. Dla "maluczkich", poznających dopiero prawdziwe oblicze futbolu i jego historie, FCB i Messi to symbole porównywalne z krzyżem i Chrystusem. Natomiast dla kilkunasto (lub o, zgrozo) kilkudziesięcioletniego człowieka nagłe kibicowanie hiszpańskiemu potentatowi jest swego rodzaju pogonią za modą, za bycie trendy. Logo Blaugrany stało się tak dobrym znakiem towarowym jak "łyżwa" Nike czy "paski" Adidasa.
Ajax w ostatnich latach stał się synonimem klubu, który zdecydowanie bardziej "był" niż "miał". Sukcesy w postaci Johan Cruyff Schaal czy Pucharu Holandii były tylko niewiele znaczącymi nagrodami pocieszenia. Święty Grall w postaci mistrzowskiej patery pozostawał niedostępny. Były sezony, kiedy upragnione trofeum było absurdalnie blisko (przegrana jedną bramką w sezonie 2006/2007). Były też rozgrywki, kiedy czuliśmy się moralnymi zwycięstwami i nie mogliśmy uwierzyć w porażkę z ciułającym punkty Twente (efektowna gra i nieprawdopodobny bilans - ponad 100 goli zdobytych i tylko 21 straconych - w pierwszym sezonie pracy Martin Jola). Jednak te kolejne, nieprzyjemne porażki w najistotniejszych rozgrywkach nie zraziły prawdziwych fanów. Pomimo narzekań, rozczarowań przeplatanych od czasu do czasu radosnymi chwilami trwaliśmy dzielnie przy drużynie i w końcu zostaliśmy za to wynagrodzeni.
30 mistrzostwo Holandii, 3 gwiazdka na koszulce, faza grupowa Ligi Mistrzów z automatu, a także już na początku przygotowań kilka istotnych transferów wzmacniających kadrę zespołu przed nowym sezonem. Z tego przybytku naprawdę może zakręcić się w głowie !
Nie ma zamiaru się w tym momencie wymądrzać i snuć mocarstwowych wizji o obronie tytułu i podbijaniu Ligi Mistrzów. Po prostu chciałbym, abyśmy się cieszyli z tego co mamy. Wręcz, rozkoszowali w sukcesie niczym najlepszym gatunku whisky i z optymizmem popatrzyli w przyszłość. W końcu zapowiada się znakomite lato. Bez drżenia przed eliminacyjnym spotkaniami, bez nerwowych (i często nietrafionych) ruchów transferowych na koniec okienka, bez pośpiesznie przeprowadzanych zgrupowań, bez epopei ze zmianą trenera. To wszystko zasługa Franka de Boera i jego piłkarzy, aczkolwiek nie zapominajmy o sztabie technicznym , odsądzanym od czci i wiary z wielką zaciekłością przez Cruyffa i jego popleczników. Mistrzostwo Holandii to także zasługa Rika van den Booga, Uri Coronela i Jeroena Slopa. Ten pierwszy sprzedając za zupełnie przyzwoite pieniądze Suareza i Emanuelsona paradoksalnie nie osłabił zespołu, lecz go wzmocnił. W końcu bez tych transferów w pierwszej jedenaste swoich szans nie otrzymaliby zarówno Lorenzo Ebecilio, jak i Nicolai Boilesen. Van den Boog zasługuje również na pochwałę za obdarzenie dużym zaufaniem Franka de Boera, choć równie dobrze mógł postawić na bardziej doświadczonego trenera. Natomiast jeśli chodzi o Coronela i Slopa, to dzięki swoim nieco niepopularnym decyzjom (wysokie ceny biletów na LM) zdecydowanie poprawili sytuacje finansową klubu. Dlatego i im należą się brawa, w takim samym stopniu, jak piłkarzom i trenerom. Nawet, jeśli "Boski" i kibice-reformatorzy uważają inaczej ...
Z niecierpliwością czekam na pierwszy, oficjalny akcent sezonu 2011/2012. Zarówno w Eredivisie jak i, a może przede wszystkim, w Lidze Mistrzów. Czy liczę na jakiś spektakularny sukces ? Po cichu - owszem, choć jeśli go nie będzie wielkiej żałoby nie będę urządzać, a od odsunięciu się od klubu też nie ma mowy. W końcu zawsze uważałem, że lepiej "być" niż "mieć".
Wpisany przez Flisak niedziela, 06 marca 2011 16:15
Wspomnienia z wszelakich wyjazdów dzielą się na te poważne i anegdotyczne, bądź po prostu zabawne. Do tej drugiej kategorii idealnie pasuje historia, która zdarzyła się podczas grudniowego, wyjazdowego meczu z Milanem. Końcówka spotkania, Ajax prowadzi 2:0, na sektorze zupełnie zrozumiała znakomita atmosfera. Przy linii bocznej do wejścia przygotowuje się Mounir El Hamdaoui. Pierwsza możliwa przerwa w grze i Marokańczyk charakterystycznym krokiem wbiega na murawę stadionu San Siro. Spikerzy zapowiadający zmianę mówią : "W miejsce Siema de Jonga, Mounir El Hamaduji". Fani Ajaksu, a ja wraz z nimi, pękamy ze śmiechu. W ostatnim czasie za sprawą El Hamdaouiego znów miałem okazje do śmiechu. Tym razem w odsłonie stańczykowskiej.
Transferowe lato w Ajaksie było wyjątkowo ubogie. Spośród czterech transferów, tylko jeden z nich był gotówkowy. Za to jaki ! Mounir El Hamdaoui - czołowy zawodnik AZ Alkmaar, były król strzelców Eredivisie, reprezentant Maroka. Znakomity technik, wyjątkowo skuteczny, a zarazem uniwersalny napastnik. Wydawało się wtedy, że Ajax po rozsądnej cenie (5 milionów euro , czyli mniej niż kiedyś zapłacono za Huntelaara, Luque, a nawet Rosenberga) kupił idealnego gracza na pozycje nr. 9. Zanim jednak doszło do parafowania kontraktu, Pan M. El - H zaprezentował kibicom spod znaku AFCA żenujący spektakl chciwości.
Ustalanie pensji - tydzień. Ustalenie szczegółów kontraktowych, w tym długości umowy - kolejny tydzień. Oddalenie stanowisk i przerwanie rozmów - a jakże, znów tydzień. Wreszcie po niemal miesięcznej ciuciubabce, która w między czasie uatrakcyjniona została wątkiem rotterdamskiego sklepu sportowego należącego do Mounira (Arabowie to w końcu urodzeni sprzedawcy) i walki zawodnika o najnowszy model Mercedesa (tu sprawę znam tylko z polskiej prasy, więc być może to jedynie wymysł), El Hamdaoui zostaje zawodnikiem Ajaksu.
I szybko, dzięki dobrej grze, zaczyna się spłacać, a co za tym idzie oddala od siebie sprawę sklepiko-straganu i zarzuty o pazerność na kasę. W ligowym debiucie fenomenalnie pakuje dwie bramki FC Groningen. Niedługo później jego gol pieczętuje awans do Ligi Mistrzów. W połowie października ma na koncie 11 bramek i ... coś się zacina. W Mounirze, w Jolu, generalnie w Ajaksie. Drużyna gra fatalnie, a Marokańczyk jest jednym z jej najgorszych elementów. Bez wyrazu snuje się po boisku i w żadnym razie nie spełnia roli środkowego napastnika. Dalszy rozwój wypadków to niedaleka przeszłość. W telegraficznym skrócie - Jola zastępuje De Boer, El Hamdaoui siada na ławce, by później odstawić (celowo czy przypadkowo ?) szopkę z własną chorobą. W styczniu, po poważnej rozmowie ze szkoleniowcem, wraca do treningów, później gry i strzelania (2 x liga, 1 x KNVB Beker, 1 x Europa League).
I kiedy wydaje się, iż wszystko zaczyna wracać na właściwe tory, El Hamdaoui wyskakuje, dosłownie i może nawet bardziej w przenośni, niczym pajac z pozytywki. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić co musiało zdarzyć się w szatni podczas przerwy meczu z RKC Waalwijk, że dzień później De Boer zesłał napastnika do rezerw. Na pewno jednak jakaś granica została przekroczona. De Boer wygląda na surowego trenera, lecz w żadnym razie nie zamordystę. Kulturalna dyskusja na temat konkretnych decyzji personalnych sztabu szkoleniowego, pomiędzy graczem a trenerem, nie jest zabroniona. Czyżby El Hamdaoui, nie zważając na konsekwencje, przyjął arabskie standardy konwersacji (bliski kontakt z rozmówcą i głośne, otwarte wyrażanie niezadowolenia) ?
Nie mam kompetencji i dokładnej wiedzy, by jednoznacznie odnieść się do sprawy ukarania El Hamdaouiego. Natomiast wiem jedno. Ten piłkarz to klasyczny przykład odseparowania sfery umiejętności (każdym przyzna, naprawdę wielkich) od sfery inteligencji pozaboiskowej. Przy odrobinie pokory, zrozumienia racji innych, racjonalnego podejścia do faktów oraz skromności, El Hamdaoui w Ajaksie mógłby osiągnąć naprawdę dużo, a poza tym zyskać szacunek i uwielbienie, kto wie może nawet godne schyłkowego Suareza.
A tak skazany jest na rolę "pajaca z pozytywki". Wyskoczy niespodziewanie raz na jakiś czas, strzeli kilka bramek, po których obowiązkowo wykona cieszynkę z cyklu "Co ja tutaj robię ?", a następnie poczuje się najważniejszą zabawką w dziecięcym pokoju. Jednak dzieci, wbrew pozorom, mają wyczucie. Lubią różne zabawki i chcą tworzyć z nich, wspólnie, ciekawe, skomplikowane historie. Jeden efektowny pajac tego im nie zastąpi.
Wpisany przez michal czwartek, 03 marca 2011 02:11
Sędzia też człowiek - można by było rzec w kierunku wszystkich haterów, którzy potrafią zmieszać z gównem Panów w czarnych wdziankach i podwiniętych wysoko wełnianych getrach. Oglądając w poniedziałek skróty weekendowych pojedynków Eredivisie zacząłem dogłębniej analizować moje nastawienie do arbitrów piłkarskich. Niestety, ale okazało się, że moja tolerancja do tej poszczególnej jednostki stanęła na równi z antypatią do feyenoordu, CR7 czy innych zapachach waniliowych w postaci choinek samochodowych . Napiszę wprost; to co zobaczyłem ostatnio na ekranie mojego przyprószonego siwizną Samsunga tak na mnie wpłynęło, że mogę bez większej skruchy stwierdzić, że jestem jednym z tych haterów, którzy czują urazę do arbitrów piłkarskich jakby Ci co najmniej zrujnowali im dzieciństwo.
Co więc sprawiło, że jedna kolejka Eredivisie oraz pojedyncze spotkanie pucharowe tak dogłębnie wpłynęły na moją wrogość? Zacznijmy może od początku. Mimo mojego dość smarkatego wieku, interesuję się futbolem od lat. Tak więc nikogo pewnie nie zdziwi, że utkwiły mi gdzieś w głowie takie sytuacje jak; pomyłka Martina Hanssona w spotkaniu Francja - Irlandia, trzy żółte kartki jakie otrzymał Josip Simunić od Pana Grahama Polla w meczu Chorwacja - Australia (2006) czy choćby multum kontrowersyjnych decyzji szanownego Howarda Meltona Webba. Whatever, chciałbym się skupić na holenderskich arbitrach.
Zastanawiam się, czy są w tym pięknym kraju osoby, do których czuję większe obrzydzenie niż do Rudda Bossena, Pietera Vinka, Kevina Bloma, Jana Wegereefa, Pola Van Boekela czy Erica Braamhaara. Na pewno znajdzie się jeszcze kilka godności na mojej czarnej liście, lecz w szczególności ta szóstka cierpi na ślepotę wrodzoną.
Wróćmy do ostatniej kolejki Eredivisie, która była zjawiskowo obfita w sędziowskie pomyłki. Nie będę Was przynudzał, jeżeli dotrwaliście do temu momentu, opisywaniem wszystkich sytuacji po kolei, a po prostu ujawnię kilka ciekawych fragmentów video, które odzwierciedlają poziom sędziowania w Holandii. Zacznijmy od niezasłużonej czerwonej kartki dla Douglasa. Tutaj pomijam niedorzeczne zachowanie Brazylijczyka po obejrzeniu czerwonego kartonika i skupiam się jedynie na tym za co otrzymał on kartkę:
Kolejna wnikliwa sytuacja miała miejsce w pojedynku VVV Venlo - Excelsior Rotterdam. Sędzia Björn Kuipers po obejrzeniu fragmentów video nadal nie wiedział, czy żółta kartka jaką otrzymał w tym spotkaniu zawodnik VVV była adekwatna do brutalnego faulu do którego się przyczynił. Przytoczmy słowa Pana Kuipersa w pomeczowym wywiadzie: „Muah… wydaję mi się, że był to chyba jednak faul na czerwoną kartkę.” Szybka i perfekcyjnie bezczelna riposta dziennikarza: „Wydaje Ci się czy jesteś pewien?” Zapadający się pod ziemię z powodu swojej idiotycznej wypowiedzi Kuipers odpowiada: „Tak, jednak to był faul na czerwoną kartkę...”
Gdyby nie wczorajsze spotkanie pucharowe pomiędzy Twente Enschede a Utrechtem, zapewne nie doszło by do kumulacji tych brudnych myśli oraz przerzucenie ich do Worda. Jednak to co zobaczyłem wczoraj wieczorem mając jeszcze gdzieś w głowie ostatnie błędy sędziów sprawiło, że mogę śmiało napisać; szybciej nadejdą czasy gdzie na każdym kanale telewizyjnym będą pokazywać potomków Justina Biebera, niż te w których Eredivisie posmakuje dobrego sędziowania. Van Boekel zabił wczorajszy mecz pucharowy już w 20 minucie pokazując drugą żółtą kartkę piłkarzowi Utrechtu zupełnie za nic. Jestem wręcz oczarowany reakcją Tona Du Chatiniera, który powiedział najbardziej okrężną drogą jaka jest mi znana: “Zostaliśmy wydymani przez sędziego, który w 20 minucie przypieczętował awans Twente.” Spróbuję zabawić się teraz we wróżkę i odpowiem na Wasze pytanie; Tak, to ten sam Van Boekel, który wydymał Ajax dwa lata temu odbierając nam w 93 minucie 2 cenne oczka w spotkaniu z Heraclesem. Pamiętacie tą sytuację?
Coraz częściej zastanawiam się nad tym, czy nadejdzie dzień w którym będzie mi dane obejrzenie spotkania swojej ukochanej drużyny i stwierdzenie, że to był bardzo dobry arbiter, który gwizdał z jajami i na poziomie. Z drugiej jednak strony, jak można mieć jakiekolwiek nadzieje związane z dobrym sędziowaniem, kiedy w ten sam dzień całkiem przypadkowo trafia Ci w ręce artykuł opisujący sędziego Damiana Rubína, który w piątej lidze argentyńskiej pokazał w jednym meczu 36 czerwonych kartek (wszystkim piłkarzom oraz rezerwowym obydwu drużyn) i wpisał się do Księgi Rekordów Guinnessa?
Wpisany przez michal poniedziałek, 21 lutego 2011 02:40
- „Marco dziękuję, Ty naleśniku !”- wywrzaskuję rozgniewany w kierunku Marco van Bastena schodzącego ze spuszczoną głową z płyty boiska amsterdamskiej Areny. Holender patrzy na mnie jak na imbecyla i jedynie podnosi ramiona sugerując, że nic nie może na to poradzić. ArenA pustoszeje w mgnieniu oka niczym De Kuip po kolejnej żałosnej porażce Feyenoordu.
- „Ta trzecia gwiazdka ! Mistrzostwo… znów go nie będzie, zniknęło. Ta trzecia gwiazdka !”
- „Uspokój się do cholery, to tylko gierka !” - krzyczy podążający za legendarnym Marco starszy Pan ubrany w granatową kurtkę z wielkim logiem Adidasa na plecach oraz mycką chroniącą jego łysinę przed mrozem.
- „Dla jednych to tylko gierka, dla innych całe życie.” - wyszeptałem w myślach waląc pięścią najmocniej jak potrafię w okolice serca, gdzie znajduje się wyszyty herb Ajaksu.
Upragniona trzecia gwiazdka, trzydzieste mistrzostwo kraju tulipanów. Ile będę jeszcze na nie czekał? To pytanie przewija się nagminnie przez moją głowę. Po potknięciu się żarówek Philipsa oraz bandy Bryan Ruiz 90+ moje szare komórki doznały intelektualnego szczytowania. Pojawiły się kolorowe jak tęcza scenariusze oraz plan majowego świętowania mistrzostwa z innymi kibicami na Leidseplein. Wszystko jednak pękło jak bańka mydlana zaraz po tym jak Przemysław Tytoń wybronił mizernie strzelonego karnego przez Mounira El Hamdoui. Ciągle jesteśmy w grze, nie zrozumcie mnie źle, lecz patrząc na nasz terminarz (m.in. wyjazdy do Eindhoven, Hagi, Heerenveen czy Nijmegen) w głowie pojawia się ponownie problematyka nawiązująca do pechowych nawyków kiedy któraś z drużyn wyprzedza nas o oczko lub bramkę.
Spoglądając na ławkę rezerwowych jaką ma do dyspozycji Frank de Boer widzę zazwyczaj poszczególne facjaty; Verhoeven, Ooijer, Lindgren czy Oleguer. Robi wrażenie, szkoda jedynie, że w najbardziej negatywnym znaczeniu słowa 'wrażenie'. Po równiutkiej jak tafla lodu murawie amsterdamskiej Areny pomykają tacy zawodnicy jak Eriksen, Sulejmani, De Jong czy Ebecilio. Przyszłość tego klubu, to nie ulega wątpliwości, lecz gdzie lider jednostki Franka de Boera? Doświadczony generał, który pokieruje tymi młodymi żołnierzami? Jeżeli Ajax ma wygrać batalię o trzecią gwiazdkę, to potrzebuje doświadczonego mentalnie przywódcy, który krzyknie na Mikiego jak ten zamiast rozciągać grę będzie wbiegał z futbolówką do środka lub Siema, który zamiast szukać prostych podań do kolegów walczy momentami ze osobą potykając się o sznurówki swoich białych korków.
Przyznaję. Bycie kibicem Ajaksu oduczyło mnie oczekiwania na kolejną dawkę spekulacji związanych z oknem transferowym. Te wszystkie informacje o tym, że Manchaster chce Stekelenburga, City obserwuje Van der Wiela czy Milan, który widzi w Vertonghenie znakomite wzmocnienie przypominają mi o znakomitym haśle strategicznym w tych ciężkich czasach recesji; dobra jakość, niskie ceny. Właśnie tak jest spostrzegany przez bogatych inwestorów czy arabskich szejków nasz wspólny Ajax.
- „Myślę, że nadszedł dobry moment by odejść z Ajaksu.” - mówi ze spuszczonym wzrokiem Vertonghen, który boi się spojrzeć mi w oczy.
- „Jak to? Co Ty wygadujesz? Obiecałeś, że zdobędziemy wspólnie tą trzecią gwiazdkę !” - krzyczę rozzłoszczony w kierunku Jana.
- „Wybacz, ale nie przypominam sobie tego momentu.” - odpowiada uspokajającym głosem.
- „Nie przypominasz sobie? Więc spójrz na poniższy obrazek i powiedz mi co widzisz !”